niedziela, 12 lipca 2015

Porozmawiajmy o Afryce

Porozmawiajmy o Afryce



Afryka wschodnia nie pachnie slumsem, nie pachnie ona też kwiatami i słońcem, Afryka tak na prawdę pachnie bardzo spoconymi ludźmi. Nie chcę być nie miła czy coś, ale taka jest prawda, zapytajcie kogokolwiek kto miał przyjemność pracować na tym pięknym kontynencie, na pewno mi przyzna rację. W Europie ludzie też się pocą ale tu jest masakra, nie wiem czy to wynika z ich koloru skóry i tego, że jest przyzwyczajona do innego klimatu, czy, że mają problem z wodą i nie kąpią się tak często jak powinni. Nawet krąży żart na ten temat ( opowiedział nam go kumpel który jest białym Kenijczykiem) " Wiecie dlaczego czarni śmierdzą? Żeby nawet niewidomi mogli ich nienawidzić!" mało subtelny, ale co poradzić. Taka jest moja Afryka, pomyślicie pewnie " To poco tam wracasz?", bo ona ma tyle zalet, że nawet to nie jest wstanie mnie do niej zrazić. 
Moja rodzina jest dość mocno związana z tym miejscem, nie dlatego, że tu mieszkaliśmy tylko dzięki temu. Gdyby nie to, że moi rodzice mnie tu wywieźli jak miałam czternaście lat pewnie nigdy by mi nie było dane zobaczyć tego wszystkiego. Afryka to coś więcej niż ubogie kraje które czekają na pomoc od Europy, Stanów, to kultura, która niestety zaczyna zanikać. Różnice między plemionami zaczynają się zacierać. Trzeba naprawdę się postarać by móc dotknąć tej prawdziwej, rdzennej Afryki. Jak by się nad tym zastanowić to trochę nasza wina, my przywieźliśmy im cywilizację, my zaznaczyliśmy na mapach kreskami kraje i im to narzuciliśmy. Fakt wraz z nami przyszedł postęp, lekarstwa, sztuka pisania i czytania, ale pytanie brzmi czy oni tego potrzebują? Przez tyle czasu radzili sobie bez tego wszystkiego, czasem wydaje mi się, że zrobiliśmy im krzywdę. Nauczyliśmy chcieć więcej, co jest na pierwszy rzut oka fajne, ale problem pojawia się gdy dzieci które nie mają butów mażą o komputerach. My w Europie mieliśmy czas się przyzwyczaić do nowej technologii a oni robią skoki. Nie znają telefonu stacjonarnego ale biegają z komórkami, mają youtube a nigdy nie mieli prawdziwej telewizji lub nie słuchali radio w domu. Dostają lekarstwo zanim zdąża się nauczyć jak rozpoznawać chorobę. U nas przychodziło to na tyle wolno, że młode pokolenia nie chciały rzucić, lub nie były w stanie, wszystkiego co było kiedyś, a tu młodzi wypierają się swoich plemion. Fakt stają się jednym narodem ale zapominają o swojej przeszłości, która jest bogata w tradycje, które z każdym pokoleniem coraz bardziej zapadają w niepamięć. Tradycyjne ubrania i ozdoby, noszą je ci których nie stać na 'normalne'. Widuję więcej obcokrajowców ubranych w etniczne tkaniny niż tutejszych. Tylko podczas większych imprez zdarza się zobaczyć młode dziewczyny ubrane w przepiękne barwne stroje, które tak cudownie podkreślają ich figurę i kolory. Figura to kolejna kwestia którą chciałabym omówić. Uganda jest krajem szczupłych mężczyzn i nie do końca szczupłych kobiet, nie wiem skąd się to bierze. Przedstawiciele rodzaju męskiego są niscy jak na Europejskie standardy, na pewno nie można im zarzucić, że nie są umięśnieni, wszyscy wiedzą, że na sylwetkę najlepsza jest praca fizyczna. Kobiety zaś są kształtne, nie to chyba niestety zbyt delikatne słowo, z małych, drobnych, uroczych dziewczynek wyrastają kobiety, z którymi na pewno nie chciałabym się bić. Można powiedzieć, że kobiece ciałko jest w modzie i w sumie co w tym złego? Nigdy za dużo kochanej osoby. Co do tkanin to na pewno jeszcze poruszę ten temat nie raz, bo jestem nimi zachwycona, ale jak na razie idę spać. 

Dobranoc.

czwartek, 9 lipca 2015

W końcu w domu

W końcu w domu
Wysiadamy na lotnisku. Jesteśmy w Afryce, tęskniłam za nią. Za jej prostotą, za barwami, nawet trochę za zapachem. Tutaj wydaje się, że czas płynie wolniej, nikt się nigdzie nie śpieszy, każdy ma czas. Istnieje powiedzenie „ Bóg złapał białego i czarnego. Białemu dał zegarek a czarnemu czas”. Wystarczy pobyć tu trochę żeby zrozumieć.
Idziemy krętymi korytarzami, aż dochodzimy do ruchomych schodów, powoli zjeżdżamy w dół, zdaje się że nawet one ruszają się wolniej. Jesteśmy na dole, zmierzamy po wizę. Ostatnia już kolejka, czekamy trzydzieści minut  tylko po to żeby dostać naklejkę do paszportu. Dochodzimy do okienka, duża czarna kobieta w białej bluzce z niebieską apaszką pod szyją przygląda nam się. Bierze pierwszy paszport wraz z deklaracją wizową, cztery palce do odbicia, potem kciuk i druga ręka. Ja dostaję multiwizę, Agatka normalną. Idziemy po torby, za każdym razem jak dochodzi do tego momentu, boję się, że mojej torby nie będzie. Na szczęście wszystko jest okay, są bagaże, przy wyjściu, po raz pierwszy, ktoś sprawdza numery z naklejek na torbach i z tych które dano nam przy odprawie. Po drugiej stronie drzwi czeka Ojciec Piotr.
Pogoda piękna, prawie bezchmurne niebo, 25 stopni, raj na Ziemi. Jak idziemy do samochodu czuć w powietrzu unoszący się pył, nagrzaną słońcem trawę. Agatka oczywiście umiera z głodu, więc naszym pierwszym przystankiem jest grill bar. Maluch zamawia sobie 300 gramowego steka, tato jak zwykle wybiera żeberka w pysznym sosie BBQ, ja się decyduję na steka w sosie serowo-grzybowym. Patrzę jak moja mała siostrzyczka pochłania swoją porcję, gdy ja umieram w połowie swojej. Jedzenie jest wyśmienite, nie są to tradycyjne ugandyjskie potrawy, ale Afryka, przynajmniej ta w której było dane mi przebywać, ma wyśmienitą wołowinę. Mięso którym mogłaby się pochwalić nie jedna wysokiej klasy restauracja w Europie. Najedzone udajemy się na pierwszy zakupy. W Ugandzie znajdują się duże centra handlowe, nie wyglądają one jak nasze galerie, jakość sklepów jest zdecydowanie niższa ale są to miejsca w których można spokojnie zrobić zakupy spożywcze (później dodam zdjęcia takiego centrum). Łapiemy szybko dwa jogurty, pastę do zębów, mydło i najbardziej potrzebne rzeczy, płacimy i szybko wracamy do samochodu. Wymęczone docieramy do mieszkania, które przez następne pięć tygodni będzie naszym domem. Zalewamy tatę rzeczami z Polski, głównie jedzenie, ale również ekspres do kawy i kilka drobiazgów. Po kąpieli wspólnie rozkładamy się w salonie przed wielkim telewizorem i włączamy „Rybki z Ferajny”. Musicie wiedzieć, że mój tato, w sumie cała moja rodzina, jest fanem bajek. Jeśli mamy do wyboru nowy film akcji a nową bajkę Disneya, bez wahania wybierzemy opcję numer dwa. Ja po chwili odpływam, co nie powinno być dla was szokiem, mam trochę do odespania.

środa, 8 lipca 2015

Od początku

Na początku chciałam opisać dla was pobyt w Dubaju, który był dość niezwykły. Niestety dane mi było obejrzeć tylko lotnisko ale i to było niesamowitym doświadczeniem. Lądowanie w Ugandzie też było dość ciekawe ale stwierdziłam, że wystarczy wam już czytania o lotniskach, samolotach. Teraz będziecie mogli tu czytać o Afryce, taką jaką ja znam, to nie ta Afryka, o której czytacie czy oglądacie w telewizji. Moja Afryka pachnie starością i nieznanym, zagadką. Jeśli chcecie wezmę was na wycieczkę, która nie będzie was nic kosztować, no poza opłatami za Internet. Ruszamy jutro!

Po drugiej stronie bramek

Po drugiej stronie bramek

Ludzie, wszędzie ludzie. Niektórzy śpią na podłodze w oczekiwaniu na kolejny lot, są też tacy, którzy korzystają z możliwości napicia się. Siedzą w kawiarniach, barach z towarzyszami podróży. Większość jednak penetruje sklepy. Błyszczące, kuszące promocjami i niskimi cenami. Nie mamy dużo czasu dlatego wybieramy największy. Co chwilę ktoś z obsługi nas zaczepia z propozycją wypróbowania nowych perfum lub innych kosmetyków. Agatka zgrabnie przedziera się przez tłum i dochodzi do półki, która ją interesuje, Calvin Klein. Rozpływa się nad kolorowymi buteleczkami podczas gdy ja kieruję się w stronę alkoholi, skrzywienie zawodowe. Błądzę między półkami różnobarwnych trunków, mimowolnie przypisując alkohol pod znajomego. Mają naprawdę imponujący wybór, a wiem, że to nic w porównaniu z tym co mnie czeka w Dubaju. Dobra! Koniec tego dobrego. Zaczynamy zmierzać w stroną naszego gate’u. Lotnisko jest fajnie zaprojektowane, bez problemu znajdujemy A6. Kolejna kolejka, na szczęście w miarę krótka. Ludzie przed nami zdejmują buty, paski, biżuterię, znak, że to teraz prześwietlą nam rzeczy. W sumie to nie wiem czemu tego nie robili wcześniej, żadnej kontroli przed wejściem na stronę bezcłową. Mężczyzna w białej koszuli i pod krawatem wręcza nam plastikowe woreczki na płyny i różnego rodzaju kremy. Przez chwilę siłuję się z plecakiem, wyciągam elektronikę, kremy do opalania, pastę do zębów, perfumy… wszystko ląduje w szarych, niezbyt urodziwych skrzyniach. Chwila prawdy, przechodzimy przez bramkę. Agata, nic. Ja, oczywiście coś piszczy, bo jakżeby inaczej. Podchodzi do mnie kobieta ubrana w koszulę i niebieskie spodnie, nie jest zbyt urodziwa a na rękach ma rękawiczki. Prosi żebym rozłożyła ręce i stanęła prosto, tak też czynię. Dość dokładnie sprawdza czy nie mam niczego ukrytego, mam na sobie luźną koszulę bez rękawów i leginsy, więc nie chcę myśleć gdzie musiałabym sobie coś wsadzić, żeby to ukryć. Po sprawdzeniu również moich stóp, stwierdza, że chyba nie jestem groźna i pozwala mi odejść. W spokoju pakujemy rzeczy do plecaków i przechodzimy do bardzo jasnego pokoju. Na dwóch zewnętrznych ścianach znajdują się okna, od sufitu po samą podłogę. Widać przez nie samoloty, większość nudna, biała, ale zdarzają się też takie, które mają barwne ogony i napisy, trochę przypominają ptaki. W poczekalni znajdują się rzędy krzesełek, nie wyglądają na wygodne i jak chwilę później okazuje, że nie są. Wszystkie takie same, granatowe z metalowymi oparciami. Siadamy pod oknem, zdejmujemy buty, wyciągamy zeszyty i obie momentalnie zaczynamy coś gryzmolić. Po napisaniu pierwszej strony zatrzymuje się i rozglądam. Ludzi zaczyna przybywać. Młode pary podekscytowane perspektywą pierwszych wspólnych wakacji, poddenerwowani rodzice wodzący wzrokiem za biegającymi pociechami, naburmuszona młodzież, zmuszona do rodzinnych wakacji, starsze małżeństwa, które podziwiam. Chciałabym żyć tak jakby wiek był tylko cyferką, jakby nie miał znaczenia. Po drugiej stronie sali widzę uroczego blondynka z odprawy, biega niezgrabnie między krzesłami a jego tato z anielską cierpliwością podąża za nim krok w krok. Z zamyślenia wybudza mnie megafon, który informuje nas, że możemy już wchodzić na pokład samolotu. Więc, kolejka, na szczęście już ostatnia na tym lotnisku. Grzecznie, powoli przesuwamy się w stronę olbrzymiej maszyny. Pochłania nas jak wielki wieloryb. Załoga wita nas przy wejściu, wskazując najkrótszą drogę do naszych miejsc. Agatka wciska się pod okno, ja zajmuję miejsce na środku, po chwili pojawia się starszy anglik, który zajmuje miejsce od przejścia. Wyciągam telefon i słuchawki, niezbędny zestaw do latania, plecak ląduje pod siedzeniem przed mną. Agatka uzbraja się w wielki zeszyt w kratkę i długopis. Nie lubię latać, jakbym mogła to bym wszędzie jeździła pociągiem. Najlepiej takim starym, z ośmioosobowymi przedziałami. W taki sposób mogłabym zwiedzić cały świat. A tu czekam na start, z jednej strony nie chcę żeby do niego w ogóle doszło, ale w głębi duszy wiem, że dojdzie więc chcę mieć to już za sobą. Jak przy nowym kolczyku.  Lecimy, przez następne pięć godzin będę mogła podziwiać ziemię z dziewięciu tysięcy metrów. Młoda od razu zabiera się do buszowania w kolekcji filmów i po chwili znika w świecie Marvela. Przez chwilę oglądam mimowolnie film w który Agatka jest taka wpatrzona. Czuję jak moje oczy robią się coraz cięższe i ponownie oddalam się w błogi sen. W ciągu lotu przebudzam się jeszcze dwa razy, nie na długo, na dobre rozbudzam się na jaką godzinę od Dubaju. Włączam Avangers ’ów którzy towarzyszą mi aż do wylądowania.

wtorek, 7 lipca 2015

Komu w D temu C

Komu w drogę temu czas

Budzik!!! Czas wstawać. Kiedy otwieram oczy Agaty już nie ma, słyszę jak babcia biega po mieszkaniu szykując śniadanie, którego i tak nikt nie zje. Leżę jeszcze przez chwile w bezruchu. Kiedy wstaję i wchodzę do salonu Agata ubrana i gotowa do drogi siedzi przy stole, pije coś z kubka, na pierwszy rzut oka herbatę ale znając moją siostrę jest to po prostu woda. Mam trzydzieści minut na ogarnięcie się, całkowicie mi to wystarcza. Po raz ostatni sprawdzamy wszystko, paszporty, bilety, walizki. Wybija dziewiąta, szybki, niezbyt rozczulające pożegnanie z dziadkami i schodzimy na dół. Dwie wielkie walizki, dwa plecaki, dwa misie i dwie dziewczyny stoją pod blokiem przy ulicy Merkurego, czekając na transport na lotnisko. Po chwili podjeżdża samochód, Pani Iwonka, stara przyjaciółka rodziny, siedzi na miejscu pasażera. To ona i jej chłopak zawiozą nas do Pragi. Z jazdy autem nie pamiętam dużo, śpię większość podróży, tylko od czasu do czasu przebudzam się, słyszę stare hity w radio i dyskusje na temat drogi. Koło jedenastej otwieram oczy i wyglądam za okno, a moim oczom ukazuje się miasto. Po chwili dowiaduję się, że jesteśmy w Szklarskiej i wtedy wracają wspomnienia z dzieciństwa. Chcę obudzić Agatkę, żeby też mogła nacieszyć oczy pięknymi widokami, ale ona tylko coś bełkocze przez sen i obraca głowę w drugą stronę. Przez następne trzydzieści minut wznosimy się wśród pagórków coraz wyżej i wyżej. Słońce już wysoko na niebie ciepłymi promieniami oblewa las iglasty przez który jedziemy. Co chwilę widać turystów, którzy wylewają się z autokarów i samochodów na parkingach. Ochoczo wkraczają na szlak. Raz na jakiś czas mijają nas rowerzyści. Czuję w środku lekkie rozdarcie, lecę na drugi koniec świata, a mały raj na ziemi mam niecałe dwie godziny od domu. Wiedziałam, że będę tęsknić za Polską, za Wrocławiem, za ludźmi ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, że będę tęsknić za górami. Zwłaszcza, że ostatnio tak rzadko je odwiedzam. Życie stało się zbyt szybki, zbyt wypełnione obowiązkami, albo po prostu w jakiś sposób próbuję się usprawiedliwić. Za dzieciaka większość wakacji spędzałam w górach, w lasach lub nad jeziorami. A teraz… Nie pamiętam kiedy ostatnio założyłam plecak i po prostu szłam, przed siebie.  Mam nadzieję, że uda mi się to zmienić po powrocie.
Przejeżdżamy przez granicę, gdyby nie zauważyłam napisów na sklepach nie wiedziałabym nawet, że to Czechy a nie Polska. Zatrzymujemy się żeby wymienić pieniądze, w tym momencie Agatka się budzi, ja za to usypiam jak tylko ruszamy dalej. Resztę drogi śpię, omija mnie kręta droga przez Czeskie wioski i miasteczka. Docieramy na lotnisko, bez większych problemów znajdujemy terminal odlotów, jeden z nich. Żwawo wysiadamy z samochodu i łapiemy się za nasze olbrzymie walizki. Szybkim krokiem wkraczamy do środka. Lotnisko, jak lotnisko, masa ludzi różnych kolorów, z różnych krańców świata. Na wielkiej tablicy znajdujemy nasz lot, odprawa przy bramce A71-78. Niestety okazuje się, że to na drugim końcu terminala i jeszcze na innym piętrze. Drałujemy jeszcze jakieś dziesięć minut, ciągniemy bagaże. Kiedy wreszcie dochodzimy do bramki czuje ból ramienia a młoda skarży się na ból dłoni, na szczęście nie będziemy musiały więcej targać tych tobołów. Odprawa przebiega szybko bez większych problemów. Przy stanowisku obok stoi mężczyzna z małym chłopcem. Maluch ma prawie białe włoski, lodowato niebieskie oczy, z uśmiechem bawi się misiem podczas gdy jego tato załatwia sprawy z mężczyzną w krawacie. Dostajemy bilety, oddajemy walizy, patrzymy tylko jak odjeżdżają na taśmie w stron czarnego otworu w ścianie. W sumie to zastanawialiście się kiedyś jak oni segreguję te wszystkie torby?!?!? To tak jakby ktoś wysypał całą swoją kolekcję LEGO na dywan i próbował ją posegregować. Na początku wydaje się to banalnie proste ale wtedy okazuje się, że są nie tylko różne kolory ale też rozmiary, nie mówiąc już o tym, że goni nas czas. Nic dziwnego, że tak często giną w podróży.
Wracając do nas. Żegnamy się z Panią Iwonką i Panem Wiktorem, oni odchodzą w stronę parkingu a my przechodzimy na stronę bezcłową. Robiłam to już tyle razy, że znam procedurę na pamięć. Stoimy w długiej kolejce, trzeba przyznać, że Czesi załatwiają to dość szybko, po nie całych pięciu minutach jesteśmy na początku. Standard, podchodzę do okienka i podaję paszport wraz z biletem kolesiowi w krawacie. On przez następne trzydzieści sekund próbuje się dopatrzeć podobieństwa między mną a dziewczyną ze zdjęcia. Paszport miałam wymieniony w 2011 roku, cztery lata robią swoje. Przybyło kolczyków, sytuacja na mojej głowie też się zmieniła, prawie białe dready i ciemna czupryna z dwoma zielonymi pasmami zastąpiły grzecznie uczesane długie, blond włosy. Odzyskuję dokumenty, przechodzę za bramkę gdzie czeka na mnie już Agatka.

Głęboki wdech przed skokiem do wody

Głęboki wdech przed skokiem do wody

Boom! Ostatnia noc przed wylotem. Już jutro lecimy do miejsca, które z łatwością mogę nazwać domem. Lecimy do Ugandy. Leżę wykąpana obok siostry na jej piętrowym łóżku, słyszę jak jej telefon dźwięczy, znak, że Kuba jeszcze nie śpi. W drugim pokoju mimo późnej godziny krzątają się dziadkowie. Słychać odstawiane szklanki, szuranie krzeseł i wiecznie włączony telewizor. Ostatnie dni były męczące, praca, zakupy, ciągłe pożegnania, brak snu, pewnie dlatego odpływam jak tylko przykładam głowę do poduszki.

O mnie

Krótko o mnie. Mam na imię Martyna, mieszkam we Wrocławiu. Pracuje jako kelnerka i menadżer w lokalu Pod Latarniami. Kiedy miałam 14 lat wyjechałam wraz z rodziną do Kenii, mieszkałam tam przez sześć lat. W ciągu tego czasu skończyłam szkołę, nauczyłam się angielskiego i zakochałam się w Afryce. Obecnie większość mojej rodziny mieszka w Polsce, tacie jako jedynemu udało się wrócić na ten dziki kontynent. Odwiedzamy go jak często się da.