czwartek, 9 lipca 2015

W końcu w domu

W końcu w domu
Wysiadamy na lotnisku. Jesteśmy w Afryce, tęskniłam za nią. Za jej prostotą, za barwami, nawet trochę za zapachem. Tutaj wydaje się, że czas płynie wolniej, nikt się nigdzie nie śpieszy, każdy ma czas. Istnieje powiedzenie „ Bóg złapał białego i czarnego. Białemu dał zegarek a czarnemu czas”. Wystarczy pobyć tu trochę żeby zrozumieć.
Idziemy krętymi korytarzami, aż dochodzimy do ruchomych schodów, powoli zjeżdżamy w dół, zdaje się że nawet one ruszają się wolniej. Jesteśmy na dole, zmierzamy po wizę. Ostatnia już kolejka, czekamy trzydzieści minut  tylko po to żeby dostać naklejkę do paszportu. Dochodzimy do okienka, duża czarna kobieta w białej bluzce z niebieską apaszką pod szyją przygląda nam się. Bierze pierwszy paszport wraz z deklaracją wizową, cztery palce do odbicia, potem kciuk i druga ręka. Ja dostaję multiwizę, Agatka normalną. Idziemy po torby, za każdym razem jak dochodzi do tego momentu, boję się, że mojej torby nie będzie. Na szczęście wszystko jest okay, są bagaże, przy wyjściu, po raz pierwszy, ktoś sprawdza numery z naklejek na torbach i z tych które dano nam przy odprawie. Po drugiej stronie drzwi czeka Ojciec Piotr.
Pogoda piękna, prawie bezchmurne niebo, 25 stopni, raj na Ziemi. Jak idziemy do samochodu czuć w powietrzu unoszący się pył, nagrzaną słońcem trawę. Agatka oczywiście umiera z głodu, więc naszym pierwszym przystankiem jest grill bar. Maluch zamawia sobie 300 gramowego steka, tato jak zwykle wybiera żeberka w pysznym sosie BBQ, ja się decyduję na steka w sosie serowo-grzybowym. Patrzę jak moja mała siostrzyczka pochłania swoją porcję, gdy ja umieram w połowie swojej. Jedzenie jest wyśmienite, nie są to tradycyjne ugandyjskie potrawy, ale Afryka, przynajmniej ta w której było dane mi przebywać, ma wyśmienitą wołowinę. Mięso którym mogłaby się pochwalić nie jedna wysokiej klasy restauracja w Europie. Najedzone udajemy się na pierwszy zakupy. W Ugandzie znajdują się duże centra handlowe, nie wyglądają one jak nasze galerie, jakość sklepów jest zdecydowanie niższa ale są to miejsca w których można spokojnie zrobić zakupy spożywcze (później dodam zdjęcia takiego centrum). Łapiemy szybko dwa jogurty, pastę do zębów, mydło i najbardziej potrzebne rzeczy, płacimy i szybko wracamy do samochodu. Wymęczone docieramy do mieszkania, które przez następne pięć tygodni będzie naszym domem. Zalewamy tatę rzeczami z Polski, głównie jedzenie, ale również ekspres do kawy i kilka drobiazgów. Po kąpieli wspólnie rozkładamy się w salonie przed wielkim telewizorem i włączamy „Rybki z Ferajny”. Musicie wiedzieć, że mój tato, w sumie cała moja rodzina, jest fanem bajek. Jeśli mamy do wyboru nowy film akcji a nową bajkę Disneya, bez wahania wybierzemy opcję numer dwa. Ja po chwili odpływam, co nie powinno być dla was szokiem, mam trochę do odespania.

5 komentarzy:

  1. Nigdy się nie stęsknię za zapachem Afryki, ale steków zazdroszczę wielce.

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak macie dobrze, ja to bym w ogóle chciała wiedzieć, jak taka Afryka pachnie.... ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę jak ten grzebień który dostałaś od nas, a trochę jak ta tykwa którą dostał Filip.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń